Michael Romeo (2022) – War of the Worlds Pt. 2

Wojna z krzykiem

Ponad trzy lata trzeba było czekać na sequel Wojny światów, pozytywnie przyjętego concept albumu Michaela Romeo. Lider Symphony X od początku miał w planach podzielenie materiału na pół, gdzie druga część miała ukazać się dwa lata po wydaniu pierwszej. Niestety pandemia przeszkodziła w dotrzymaniu terminu, a finałowy akt adaptacji prozy Herberta George’a Wellsa ostatecznie ukazał się z półtorarocznym poślizgiem. Generalnie instrumentalny skład pozostał ten sam – Romea wsparli John Macaluso (perkusja) oraz John DeServio (bas), z kolei realizacją krążka ponownie zajął się Simone Mularoni. Zmieniło się natomiast stanowisko za mikrofonem. Obiecującego Ricka Castellano zastąpił Dino Jelusić, wokalista z bogatszym portfolio, mający na koncie liczne występy telewizyjne, międzynarodowe koncerty, trzy solowe albumy oraz zwycięstwo w pierwszej edycji Eurowizji dla Dzieci (w 2004 roku). Paradoksalnie okazał się też najsłabszym ogniwem War of the Worlds Pt. 2.

Nie można jednak odmówić Chorwatowi warsztatu. Facet ma imponującą skalę i na krążku są momenty, gdzie jego – nazwijmy to – styl wstrzeliwuje się w nastrój danego utworu. Dobrze to słychać chociażby w Divide & Conquer oraz Destroyer, gdzie głos Jelusića uprzystępnia polirytmiczne popisy i niskie riffy Romea. Schody zaczynają się natomiast na poziomie Metamorphosis, który leci na identycznych schematach wokalnych, co poprzednicy. Na subtelniejszym Just Before the Dawn wyłaniają się z kolei największe skazy naszego frontmana – zmanieryzowany śpiew (ta sztuczna chrypka…), nadekspresyjne interpretacje oraz usilne papugowanie stylu Russella Allena. I tak jest już do samego końca. Jelusić nie ma własnego stylu, śpiewa głośno i na jedno kopyto, dobry jest wyłącznie w odtwarzaniu.

Sam Romeo też niczym nie zaskakuje. Porusza się po znajomych tematach i nawet w tych lepszych kompozycjach słychać echa jego macierzystej formacji. Taki Hybrids przypomina nieco Serpent Kiss (z Paradise Lost, 2007), z kolei w Parasite przywołuje nastroje z V: The New Mythology Suite (2000) oraz Iconoclast (2011). Nawet Maschinenmensch brzmi jakoś znajomo – tam z kolei powracamy do Raju utraconego przemieszanego z The Divine Wings of Tragedy (1997). Z drugiej strony znalazł się tam bodaj najlepszy moment na płycie – mostek z wyśmienitymi figurami DeServio oraz solówką Romea. Zgrabnie prezentują się za to filmowe wojaże w Introduction Pt. 2, Mothership, Hunted oraz Brave New World (Outro) – wszystkie rozkochane w motywach Danny’ego Elfmana, niestroniące od partii chóralnych oraz industrialno-rockowych zjazdów. W edycji dwupłytowej znalazł się dodatkowy krążek z aranżami bez wokalu (co jak najbardziej cieszy) oraz dwie nowe kompozycje – The Perfect Weapon oraz Alien DeathRay. Ta pierwsza nie wnosi niczego nowego do materiału, druga zaś to porządny, połamany instrumental (z solówką Johna Macaluso!).

War of the Worlds Pt. 2 na pewno nie można odmówić wysokiej formy muzycznej, nawet jeśli została wsparta wypracowanymi przez Romea motywami. Nie zmienia to faktu, że mniej tu ciekawych rozwiązań melodycznych względem poprzedniej części, a specyfikę większości kompozycji podkreśla nie tyle ich główny twórca, co sekcja rytmiczna. Wydawnictwa słucha się jak swoistego The Best of Symphony X, tyle że chaotycznie sklejonego, z nieznośną imitacją Russella Allena na wokalu. Niestety to właśnie Jelusić pozbawia ten materiał przestrzeni i autonomiczności, skazując go na całkowite zapomnienie wśród innych – o wiele lepszych – produkcji Michaela Romeo.

Muzyczna Wojna światów skrywała w sobie niemałe ambicje i jej pierwsza odsłona po części je spełniła. Po kontynuacji natomiast pozostanie jedynie krzyk rozczarowania.

Łukasz Jakubiak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.