Haken (2023) – Fauna

Zwierzę też człowiek

Panowie z Haken nie bez powodu uznawani są za reformatorów gatunku. Na The Mountain (2013) skonfrontowali się z rockiem psychodelicznym i klimatami retro; taki Affinity (2016) chętniej uderzał w stronę synthpopowych melodii; z kolei Vector (2018) oraz Virus (2020) eksplorowały współczesne koncepcje prog metalu. Na tegorocznej Faunie Brytyjczycy postanowili jednak wrócić do swoich korzeni – przywołali echa Aquariusa (2010) i Visions (2011), dostosowując je do wypracowanych przez lata standardów. Być może po to, by nieco uspokoić część progrockowych purystów, którzy zarzucali grupie usilne podążanie za gatunkowymi trendami. Chciałoby się rzec: kiedyś to był Haken, teraz to nie ma Hakena.

Koniec końców muzyka formacji, jakąkolwiek ścieżką by nie podążała, potrafiła się wybronić. Mało tego, zawsze stał za nią ambitny koncept liryczny, związany z kwestiami społecznymi tudzież szeroko pojmowanym człowieczeństwem. I nie inaczej jest w przypadku nowego krążka Haken, choć tym razem obserwacje Rossa Jenningsa zyskują nowe ujęcie. Nie tylko metatekstualnie przywołują twórczość m.in. Johna Keatsa (Oda do słowika), Edgara Allana Poego (Kruk) tudzież Philipa K. Dicka (Blade Runner), ale tworzą też błyskotliwą analogię.

Fauna zestawia bowiem dwa światy – ludzi oraz zwierząt – i stara się znaleźć między nimi wspólny mianownik. I tak w Taurus wokalista stara się zobrazować migracje spowodowane destrukcyjną działalnością człowieka (silnie rezonuje to z wojną w Ukrainie); Nightingale  opowiada o poecie (Keatsie), który pogrążył się w żałobie i twórczym marazmie; z kolei The Alphabet of Me snuje rozważania na temat transhumanizmu oraz klonowania zwierząt (tu kłania się wspomniany Blade Runner). Za to ostatni singiel, Lovebite, tworzy kontrast między muzyką a tekstem, przybierając formę humorystycznej makabreski. Metafora odnosi się do, nazwijmy to, rytuału czarnej wdowy, która to okazjonalnie pożera swoich partnerów tuż po stosunku. I z jednej strony mamy tu iście deathmetalową lirykę, z drugiej zaś softrockową oprawę w duchu Toto. Odważnie. Cały koncept dopełnia grafika przewodnia autorstwa Dana Godsworthy’ego, który idąc śladem pierwszych okładek Dream Theater, umieścił na niej drobny element związany z poszczególnym tekstem. Niby pospolite rozwiązanie, ale w tym wypadku sprawdza się bez zarzutu.

W warstwie muzycznej Fauny trudno doszukiwać się większych rewolucji. Materiałem zaopiekowało się studio Fascination Street, reprezentowane przez Jensa Bogren i Tony’ego Lindgrena, więc na polu realizacyjnym obyło się bez żadnych wtop. W końcu Brytyjczycy od zawsze dbali o jak najlepszą produkcję swoich wydawnictw. Na pewno dość kluczową zmianą okazał się powrót macierzystego klawiszowca, Petera Jonesa*, z którym panowie nagrali swoje pierwsze, ciepło przyjęte demo – Enter the 5th Dimension (2008). Jego wkład słychać chociażby na Nightingale (szczególnie w jazzowym intrze i złamanym bridge’u) tudzież skłaniającym się w stronę electropopowych nastrojów The Alphabet of Me. Rzecz jasna podobnych romansów międzygatunkowych znalazło się  na płycie znacznie więcej – czego dowodem jest wspomniany wcześniej Lovebite – co gdzieś tam wpisuje się w ideę przestudiowania swojej dotychczasowej twórczości. I taki chociażby Taurus to nic innego jak ukłon w stronę ekstremalnego prog metalu pokroju Gojiry tudzież Meshuggah (powidoki po Vectorze), w którym dominują gitarowe szarże Charliego Griffithsa oraz Richarda Henshalla.

Pierwsze przejawy powrotu do własnych korzeni słychać z kolei na Sempiternal Beings i Beneath the White Rainbow – utrzymanych w nastrojach z końca lat dwutysięcznych, sfokusowanych na ekscentrycznych melodiach oraz rozbudowanej sekcji rytmicznej. I tak, duet w postaciach Connera Greena (bas) i Raya Hearne’a (perkusja) już dawno nie miał takiej okazji do zamanifestowania swoich umiejętności. Pod tym względem nie zawodzi też Island in the Clouds. Utwór rozpoczyna się crimejazzową partią basu, a finiszuje na agresywnej nucie, zabarwionej kanciastymi riffami i imponującymi wokalizami. Miłośników nastrojów znanych z The Mountain na pewno ucieszy Elephants Never Forget. Epic song niesiony na melodyce à la Gentle Giant, przełamywany ukłonami w stronę wczesnego Yes tudzież najntisowego prog metalu, robi kolosalne wrażenie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tu Ross Jennings, który swoją drogą popełnia na Faunie głosową życiówkę, ale to iloma rejestrami operuje na wspomnianej kompozycji jest wręcz szalone. Wraz z Eyes of Ebony grupa zamyka swoją podróż do zamierzchłych początków, serwując słuchaczom aurę rodem z Aquariusa – dla wielu okaże się on potrzebną ewokacją.

Haken na Faunie może nie poszerza swoich horyzontów, co najwyżej je rewiduje, co nie zmienia faktu, że ich definicja muzycznego eklektyzmu zyskuje nową podszewkę. Na kilku płaszczyznach. Muzycznie to zarówno przekrój różnych gatunków (nie tylko okołoprogresywnych), ale też esencja twórczości grupy, która od piętnastu lat nie potrafi stać w miejscu. Lirycznie zaś mamy tu symbiozę dwóch pozornie różnych królestw – zwierząt i ludzi – która ma za zadanie odsłonić nasze wady i słabości, a w konsekwencji wzbudzić empatię do współczesnego świata. Jeśli dodamy do tego zatrzęsienie inspiracji i literackich cytatów, to otrzymamy jedno z najbardziej kompleksowych dzieł w historii metalu progresywnego. Fauna to mocny pretendent do albumu roku i śledząc zbliżające się premiery trudno będzie go pozbawić tego tytułu.           

Łukasz Jakubiak


*) Diego Tajeida opuścił kręgi grupy przez różnice artystyczne, które ujawniły się w trakcie prac nad Fauną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.