Evergrey (2022) – A Heartless Portrait (The Orphean Testament)

Antyorfeusz

Od ośmiu lat w kręgach Evergrey nic się nie zmieniło. Szwedzi dalej działają w tym samym składzie, przy nieocenionym wsparciu Jacoba Hansena, wybitnego realizatora dźwięku. Zmiana wytwórni – z AFM do Napalm Records – była tak po prawdzie kosmetyką. Niczego nie zmieniła. Większym zaskoczeniem okazało się natomiast wydanie, rok po premierze Escape of the Pheonix, kolejnego długograja. Muzykom nie można więc odmówić zapału, tym bardziej, że w międzyczasie wydali też – niestety słabą – koncertówkę Live: Before the Aftermath. I właśnie tym materiałem zakończyli wieloletnią współpracę z AFM, a tytułowego feniksa zostawili w popiołach. Teraz z kolei odsłaniają przed nami bezduszny portret oraz orficki testament. Zespolone w jedno.

Englund w lirykach postanowił wrócić do koherentnej opowieści – zupełnie nowej, ale zahaczającej o znajome tematy. Tytuł krążka sugeruje, że muzyk obraca się wokół motywu orfickiego, tyle że – jak to ma w zwyczaju – reinterpretuje jego spowszechniałe znaczenie. Odsuwa więc banał o bezinteresownym poświęceniu i triumfie miłości – ten Orfeusz nie rzuca się w pogoń za swoją ukochaną do czeluści Hadesu. To tragedia w dziesięciu częściach; żaden heroiczny topos, a bezduszny portret. Lider grupy dywaguje więc na temat wartości bycia człowiekiem, przygląda się zasadności działań w imieniu wyższych idei, a całą opowieść przekłada na współczesne realia. To historia dojrzałego artysty, świadomego otaczającej go rzeczywistości, a przy tym niezwykle wrażliwego. I te emocje, co prawda przemieszane z mrokiem, można też wychwycić w rewelacyjnych grafikach Giannisa Nakosa (Remedy Art Design), które zdobią całe wydawnictwo. To już czwarta oprawa* Greka przygotowana dla Evergrey, potwierdzająca, że jest obecnie jednym z najlepszych artystów w branży okładkowej.

Jeśli chodzi o sam nastrój krążka, to czuć w nim echa Torn (2008) i Escape of the Phoenix, dlatego też w materiale przewijają się sprawdzone progmetalowe struktury. Nie brakuje więc solowych wyścigówek Rikarda Zandera, Henrika Danhage i Toma Englunda, w których to panowie wyciskają ze swojego warsztatu wszystko, co się da. Słychać to już w dwóch pierwszych singlach – Save Us i Midwinter Calls – sprytnie zamieszczonych na samym początku albumu. Tam też wychwycimy charakterystyczne dla grupy, mięsiste riffy, przemieszane z polirytmicznymi wtrąceniami (bębny Jonasa Ekdahla są tu wyraziste, bardziej wymagające niż na poprzednich albumach). Szwedzi nie stronią też od utworów piosenkowych, czego najlepszym przykładem są (świetny!) Call out the Dark, Reawakening oraz Heartless – wsparte elektroniką, wyrazistym basem Johana Niemanna oraz czułymi wokalami. Chwilami może aż za bardzo lukrują swoje melodie (szczególnie w tym ostatnim), ale słucha się ich naprawdę dobrze. O dziwo grupa okazała się zaskakująco wstrzemięźliwa pod kątem ballad. Krótki jej przejaw, w postaci Wildfires, usłyszymy na samym końcu płyty – nie jest zbyt porywająca, ale sprawdza się jako post scriptum.

Ciekawsze formy, łamiące nieco emploi Evergrey, można usłyszeć chociażby w The Great Unwashed oraz Blindfolded. W tym pierwszym zaskakują hammondowate melodie, zgrabnie przemieszane z topornymi riffami; drugi zaś, bodaj najżwawszy ze wszystkich, dodaje elementy djentu i protestacyjny – chóralny – refren. Jeszcze lepiej wypadają dwie najdłuższe kompozycje na A Heartless Portrait. Ominous to najbardziej rozbudowany melodycznie utwór płycie (te harmonie i dwugłosy w finale!), na dodatek pełen czułych momentów i nośnych melodii. Absolutny triumf Toma Englunda – zarówno jako wokalisty, jak i kompozytora. The Orphean Testament z kolei rozpoczyna się od ciężkiego, gitarowego taranu, by bliżej końca nieco zwolnić, dać przestrzeń na subtelne solówki i sukcesywne wyciszenie.

A Heartless Portrait, szczególnie przy pierwszym odsłuchu, może sprawiać wrażenie, iż składa się z odrzutów z poprzedniego krążka. Riffy mają podobny ciężar, pełno tu chwytliwych form, ale mimo to jest w tym materiale coś świeżego i szczerego zarazem. Evergrey ostrożnie poszerza swoje horyzonty, chętniej sięga po nieoczywiste zabiegi melodyczne, ale wciąż pozostaje tą samą grupą, którą doceniliśmy za In Search of Truth (2001), The Inner Circle (2004) tudzież Hymns for the Broken (2014). Szwedzi są już niemal trzy dekady na rynku i wciąż brzmią dziarsko, z taką samą siłą rozgniatają nasze serca, osiągnęli mistrzostwo w łączeniu przebrzmiałych mitów z optyką na współczesnego człowieka. Ich orficki testament to portret człowieka złamanego, na absolutnej granicy, a w konsekwencji jedno z najbardziej humanistycznych dzieł w ich bogatej dyskografii. Może nie najlepsze, ale warte doświadczenia. To co, jesteście gotowi, by wejść do ich Hadesu?

Łukasz Jakubiak


*) Wcześniej popełnił grafiki do: The Atlantic (2021), Escape of the Phoenix (2021) oraz Live: Before the Aftermath (2022).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.