Queensrÿche (2022) – Digital Noise Alliance

Progres społecznie zaangażowany

Odkąd do Queensrÿche dołączył Todd La Torre, a było to już dziesięć lat temu, pionierzy prog metalu przeżywają kolejną młodość. Muzyka Amerykanów mocno osadziła się w nastrojach art & heavy, które okazały się idealnym narzędziem tematyzowania paradoksów współczesnego świata. I nie ma w tym nic złego – w końcu metal to idealna forma, by coś dosadnie zamanifestować.

Grupa na swoim nowym krążku, Digital Noise Alliance, kreśli nam krajobraz społeczeństwa zatracającego się w fałszywych wartościach i ideologiach, cyfrowo zniekształconej rzeczywistości; snuje opowieści o samotnych jednostkach, które nie potrafią odnaleźć się w codzienności. Zresztą nie bez powodu samo logo zespołu, osadzone w centrum okładki, zostało przebudowane na model DNA. To dość czytelna metafora zmian, jakie w nas – jako ludzkości – sukcesywnie postępują. Żyjemy bowiem w czasach nadpisywania jednych wartości innymi, które nie zawsze okazują się tymi dobrymi. I jasne, ktoś może powiedzieć, że starsi panowie urządzają sobie festiwal boomeriady, ale koniec końców ich obserwacje nie rozbiegają się z aktualnymi nastrojami. La Torre, Wilton i Jackson w swoich tekstach jasno sygnalizują swoje obawy, bez przekraczania deklamatorskiej granicy; mają zdrową optykę na współczesny świat.

Nowe wydawnictwo Queensrÿche nie obyłoby się rzecz jasna bez zmian. Po raz pierwszy na płycie usłyszymy Caseya Grillo (ex-Kamelot) za perkusją, który już od pięciu lat* godnie kontynuuje dziedzictwo Scotta Rockenfielda. Digital Noise Alliance tylko to potwierdza – to bardzo żywiołowy bębniarz. Mało tego, do gitarowego składu – w miejsce Parkera Lundgrena – wrócił Mike Stone. Fani grupy pamiętają go jako jeszcze z albumów Operation: Mindcrime II (2006) oraz Take Cover (2007), więc jego wypadku obyło się bez dłuższej aklimatyzacji.

Materiał trafił do producenckich rąk Christophera Harrisa vel Zeussa, z którym formacja współpracuje od Condition Hüman (2015). I choć od strony realizatorskiej jest to najlepsza płyta Queensrÿche (szczególnie pod kątem czytelności bębnów oraz gitar), to tego samego nie można powiedzieć o samej muzyce. Warto od razu uprzedzić, że nie ma tu mowy o jakimś znaczącym spadku formy – po prostu po kilku odsłuchach album sprawia wrażenie odrobinę bezbarwnego, pozbawionego klarownej wizji. Chyba najsłabiej wypadają trzy pierwsze utwory – In Extremis, Chapters oraz Lost in Sorrow – które bezskutecznie starają się znaleźć jakiś wspólny mianownik (coś z pogranicza Empire i Promised Land). Gdzieniegdzie trafi się jeszcze jakaś ckliwa balladka (Forest) tudzież niezbyt udany cover Billy’ego Idola (Rebel Yell). Na szczęście nie zabrakło też naprawdę udanych strzałów.

Grupa chętnie (i z powodzeniem!) wraca do swoich heavymetalowych korzeni, co najlepiej słychać na Sicdeth oraz Tormentum, które obowiązkowo wieńczą polifoniczne solówki Michaela Wiltona i Mike’a Stone’a. Nie brakuje też bardziej przestrzennych kompozycji, prowadzonych przez subtelne partie basu Eddiego Jacksona (Nocturnal Light, Out of the Black). W mroczniejsze rewiry panowie zabierają nas w Realms (ten refren!) oraz Hold On (niewstydzący się zaglądać w bardziej piosenkowe nastroje). Wizytówką albumu okazuje się z kolei Behind the Wall – przemyślany dramaturgicznie, chwytający za gardziel, wyśmienicie zaśpiewany przez La Torrego (który swoją drogą zalicza na płycie życiówkę).

To niezwykłe jak Queensrÿche dojrzał na przełomie tych czterech dekad. Z heavymetalowców odzianych w campowe ciuchy wyrósł dojrzały kolektyw, świadomy problemów otaczającego go świata. Digital Noise Alliance potwierdza, że Amerykanie są zaangażowani nie tylko politycznie i społecznie, ale też – a nawet przede wszystkim – muzycznie. Wydawnictwo, pomimo słabszego początku, pełne jest werwy, odświeżających rozwiązań melodycznych, ale też słusznych refleksji nad obecną rzeczywistością. W gruncie rzeczy tego typu manifesty są w pełni zasadne, szczególnie w dobie piętrzących się kryzysów. Na szczęście grupa od dekady, nawet jeśli zdarzy jej się od czasu do czasu lawirować, wciąż trzyma wysoki poziom i wszystko wskazuje na to, że nie ma zamiaru wyjść z tego stanu. I bardzo dobrze. Na ten moment godnie piastują tytuł praojców prog metalu.

Łukasz Jakubiak


*) Warto przypomnieć, że na albumie The Verdict (2019) wszystkie partie perkusyjne nagrał Todd La Torre.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.