Iron Maiden – Kraków, Tauron Arena, 13.06.2023

Heavymetalowa polka galopka z powrotem do przeszłości

Musiałem przekopać swoje koncertowe archiwum, żeby sprawdzić, kiedy poprzedni raz widziałem Iron Maiden na żywo. Okazało się, że miało to miejsce w Łodzi w lipcu 2013, co dla mnie oznacza ponad 900 przeróżnych koncertów temu. Krótko mówiąc – zbyt dawno, skoro minęło aż blisko 10 lat. Przez ten czas Brytyjczycy wydali jedynie 2 płyty, z których jedną w trasie “The Future Past Tour” w ogóle omijają (Book Of Souls z 2015 roku). W krakowskiej Tauron Arenie miałem okazję pojawić się we wtorek, na pierwszym z dwóch zaplanowanych tam koncertów. Zespół przyjechał do Krakowa już w poniedziałek, ale panowie się nie nudzili. Bruce Dickinson zajrzał do areny na Hard Rock Heroes Festival, Steve Harris ze swoją grupą British Lion zagrał wieczorem koncert w krakowskiej hali Kamienna 12, a Adrian Smith w dniu pierwszego występu (sic!) przez kilka godzin łowił ryby w Wiśle.

Uwaga: to nie jest relacja z koncertu w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Drogi Czytelniku, jeśli jesteś zagorzałym fanem Iron Maiden albo heavymetalowym purystą, potraktuj ten tekst raczej jako felieton [przyp. aut].

Koncert Iron Maiden zaczął się i skończył tradycyjnie. Część płyty w pobliżu sceny została zalana żółtym światłem, a jako intro poleciał utwór Doctor Doctor grupy UFO, który przeszedł w temat z filmu “Blade Runner” autorstwa Vangelisa. Z kolei, opuszczająca arenę publiczność była żegnana – nie inaczej niż od wielu lat – piosenką Always Look On The Bright Side Of Life Monty Pythona. Pomiędzy nimi było szybko, soczyście i atrakcyjnie wizualnie.

Na początek wytoczył się szybkobieżny walec w postaci niemal ćwierci (czasowo) płyty Somewhere In Time. Muzyka od samego początku niemal wgniotła w podłogę pulsującą rytmicznie na płycie publiczność. Kolejne trzy kawałki zostały zaczerpnięte z najnowszego albumu Senjutsu (The Writing On The Wall, Days Of Future Past i The Time Machine). Walec galopował zatem dalej, nieco zwalniając tempo, choć ani trochę nie zmniejszył obrotów w tej podróży z przeszłości do teraźniejszości. Szybką jazdę uatrakcyjniły intro i outro Time Machine zagrane na gitarze akustycznej. Po nostalgicznym skoku do roku 1982 (Prisoner), zespół zafundował szalejącej widowni epicką opowieść, w której typową “ironmaidenową” galopadę chwilowo przerywały folkowe wtręty.

Jedynym utworem w setliście, pochodzącym z nielubianej przez wielu fanów płyty Seventh Son Of A Seventh Son, był następny Can I Play With Madness  [tłumaczenie tekstu można znaleźć tu – przyp.aut.]. Z tej części koncertu prawdopodobnie najbardziej pozostaną w pamięci chóralne śpiewy w Heaven Can Wait “pod batutą” przemierzającego na scenie kolejne kilometry Dickinsona oraz jego pojedynek przy użyciu specjalnie przygotowanego działka z blisko trzymetrowym Eddie’m, znanym z okładki krążka Somewhere In Time. Ostatnim utworem z tej płyty w zasadniczym secie okazała się kolejna epicka historia – Alexander The Great – w której efektowną solówkę zagrał Steve Harris.

Podczas wstępu do Fear Of The Dark publiczność otrzymała czas na chwilowy – mniej więcej dwuminutowy – oddech, po czym walec wrócił do tempa właściwego metalowemu koncertowi, a refren tego klasyka śpiewała już znacząca większość obecnych w Tauron Arenie. Zasadniczy set zakończył kultowy Iron Maiden, zamykający debiutancki krążek grupy. Był to zresztą jedyny zagrany tego wieczoru utwór pochodzący z płyty nagranej bez Dickinsona. W jego trakcie na scenie ponownie pojawił się Eddie, tym razem w roli samuraja z okładki Senjutsu.

Bisy rozpoczęło Hell On Earth, w którym – nie po raz pierwszy tego wieczoru – pojawiły się efekty pirotechniczne. Po nim Brytyjczycy sięgnęli po szarżującego Troopera, inspirowanego poematem Alfreda Tennysona. Występ zamknął jeszcze jeden utwór z bardzo eksploatowanej w tej trasie płyty Somewhere In Time – Wasted Years traktujący o ulotności czasu.

Kilka łyków statystyki zamiast podsumowania
  • w setliście znalazło się po 5 utworów z płyt Senjutsu (2021) i Somewhere In Time (1986) oraz po 1 utworze z 5 płyt wydanych w latach 1980-1992;
  • najdłuższy dystans przebiegnięty podczas koncertu – Bruce Dickinson, wyróżnienie – Janick Gers (za bieganie wokół samuraja Eddiego);
  • autor największej liczby zagranych utworów – Steve Harris (11 z 15: 8 samodzielnych, 3 jako współautor);

cdn.

Marek J. Śmietański

PS. Relacja przygotowana dzięki uprzejmości polskiego oddziału agencji Live Nation.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.